chippendales |produkty |Sofy i fotele
„—Jakiego Wieczorkiewicza Dyrektora czego
Leon już trzymał na kolanach otwartą książkę, która towarzyszyła mu przy śniadaniu — cały czas leżała wtedy obok jego filiżanki z kawą.
— Hm, nigdy nie wiedziałem tego dokładnie. Taki barczysty. Na krótkich nogach. Brunet z przystrzyżonymi na jeża włosami. Zawsze gra na wyścigach na Służewcu.
— Nie. To nazwisko mi nic nie mówi, chyba Wieczorkiewiczów jest wielu. Nie przypominam sobie — odpowiedział Wachicki i nie bardzo się tym pytaniem przejął. Puścił je mimo uszu. Przewrócił kartkę, która od lekkiego ciągu — bo niekiedy na pokład coś delikatnie dmuchało — nieposłusznie wzniosła się w powietrze, i — A czy wolno wiedzieć, co pan czyta, hę
— Zwycięstwo Conrada. Po raz drugi.
— To co, pan nie ma dobrej pamięci
— Owszem, mam.
— To dlaczego pan czyta po raz drugi
— Ba!... — Leon nieooowiązująco podniósł dłoń, jak gdyby chciał coś skreślić nią nad książką.
— Conrad — wypytywał złotnik. — Nie słyszałem. To chyba nie polski pisarz Zwycięstwo, pan powiedział. A o czym to, coś wojennego
Był sobie Heyst, z pochodzenia Szwed, który zamieszkiwał na pewnej wyspie na Pacyfiku, u hotelarza tudzież restauratora Schomberga. Schomberg miał żonę, wystraszoną kobiecinę, zawsze wysiadującą za kontuarem. Hotelik był położonyw ogródku, w głębi którego wznosiła się scenka lub hala koncertowa, gdzie odbywały się co wieczór występy wędrownych muzykantek — innymi słowami, popisy damskiej orkiestry. Między innymi grała w niej niejaka Lena. Lena. Potem do hotelu tego zjechał pewien pan ze swym przerażającym sługą Richardem, noszącym nóż przywiązany do gołej łydki pod nogawką spodni. A jeszcze później nowo przyjezdni uknuli spisek przeciw Szwedowi Heystowi, a Lena, niemal w obronie jego życia, zginęła od kuli rewolweru.“(5)
„—Jakiego Wieczorkiewicza Dyrektora czego
Leon już trzymał na kolanach otwartą książkę, która towarzyszyła mu przy śniadaniu — cały czas leżała wtedy obok jego filiżanki z kawą.
— Hm, nigdy nie wiedziałem tego dokładnie. Taki barczysty. Na krótkich nogach. Brunet z przystrzyżonymi na jeża włosami. Zawsze gra na wyścigach na Służewcu.
— Nie. To nazwisko mi nic nie mówi, chyba Wieczorkiewiczów jest wielu. Nie przypominam sobie — odpowiedział Wachicki i nie bardzo się tym pytaniem przejął. Puścił je mimo uszu. Przewrócił kartkę, która od lekkiego ciągu — bo niekiedy na pokład coś delikatnie dmuchało — nieposłusznie wzniosła się w powietrze, i — A czy wolno wiedzieć, co pan czyta, hę
— Zwycięstwo Conrada. Po raz drugi.
— To co, pan nie ma dobrej pamięci
— Owszem, mam.
— To dlaczego pan czyta po raz drugi
— Ba!... — Leon nieooowiązująco podniósł dłoń, jak gdyby chciał coś skreślić nią nad książką.
— Conrad — wypytywał złotnik. — Nie słyszałem. To chyba nie polski pisarz Zwycięstwo, pan powiedział. A o czym to, coś wojennego
Był sobie Heyst, z pochodzenia Szwed, który zamieszkiwał na pewnej wyspie na Pacyfiku, u hotelarza tudzież restauratora Schomberga. Schomberg miał żonę, wystraszoną kobiecinę, zawsze wysiadującą za kontuarem. Hotelik był położonyw ogródku, w głębi którego wznosiła się scenka lub hala koncertowa, gdzie odbywały się co wieczór występy wędrownych muzykantek — innymi słowami, popisy damskiej orkiestry. Między innymi grała w niej niejaka Lena. Lena. Potem do hotelu tego zjechał pewien pan ze swym przerażającym sługą Richardem, noszącym nóż przywiązany do gołej łydki pod nogawką spodni. A jeszcze później nowo przyjezdni uknuli spisek przeciw Szwedowi Heystowi, a Lena, niemal w obronie jego życia, zginęła od kuli rewolweru.“(5)